"Pierwszą reakcją na rozpoznanie cukrzycy jest zazwyczaj bunt przeciw chorobie jako niesprawiedliwemu, złośliwemu zrządzeniu losu". No, a ja zawsze od dupy strony...
Po wyjściu ze szpitala miałam ambicję udowodnić sobie i innym, że świetnie sobie poradzę. Broszurki edukacyjne napawały mnie strachem od licznych słów na "P", ale ludzkie historie znalezione w sieci utwierdziły w przekonaniu, że nie taki wilk straszny. Kurcze ludzie uczą się, pracują, zakładają rodziny, normalnie żyją, a nawet szaleją czasem :D Dlaczego niby ja miałabym być gorsza? Nie chciałam być jedną z tych, dla których choroba jest idealnym wytrychem do ludzkiej wrażliwości i współczucia, dzięki czemu mogą być traktowani specjalnie, mogą wymagać maksymalnie od innych, a minimalnie od siebie. O nie, przecież ja w chorobie znajdę siłę, przewartościuje swoje życie. "Wiem po co zachorowałam. By być najszczęśliwszą" - pamiętam jak znalazłam ten krótki tekst w jednej z sygnatur na forum, to było niesamowite jak bardzo odzwierciedlał to co czułam w tamtym okresie i jak wiele dał mi do myślenia.
Minęły dwa miesiące, a ja zamiast z ostrego zakrętu wyjść na prostą, wyrżnęłam łbem w parkan. Podczas gdy inni się stopniowo adaptują, moja psychika postanowiła dla odmiany wejść w fazę buntu. Wbrew pozorom nie buntuję się typowo, na zasadzie odrzucenia choroby i wszelkich zaleceń lekarzy. Dalej pokornie mierzę glikemię, obliczam dawki, latam za paskami, próbując prośbą i groźbą zmusić lekarza, by wypisał mi receptę na więcej niż 200/3 m-ce...I to chyba wkurza mnie najbardziej, że mimo wielkiej dbałości, ta choroba tak daje mi w kość! Co z tego, że z podręcznikową precyzją wyliczam jednostki, ważę jedzenie i przestrzegam stałych pór posiłku, jak co chwilę męczą mnie ostre niedocukrzenia (których przecież nie ma prawa być przy takiej skrupulatności!). Po dniu z taką huśtawką w moich oczach można dojrzeć tylko jedno "proszę weź młot i mnie dobij!"...
Różne migawki z codzienności, czy sceny z filmów wywołuje to same obmierzłe skojarzenie - ja już tak nigdy nie będę mogła. Niczym nieskrępowana miłość, szalony taniec na jakimś zatłoczonym przystanku, albo zwyczajny bieg spóźnionej studentki do odjeżdżającego tramwaju - a ne ne nie dla Ciebie koleżanko, najpierw zmierz cukier i zjedz kanapkę, bo inaczej jak 90-letnia babcia zaczniesz się telepać, bełkotać i nie wiadomo co jeszcze kurwa! Spontaniczność nie jest dla takich kalek ja Ty, pozostaw ją zdrowym. Rutyna, przewidywalność, przezorność. Mogłabym je oswoić, gdybym tylko dzięki temu czuła się dobrze...
Otoczenie wzmaga postawę negacji. Zapamiętaj człowieku - przy depresji nie wolno mówić choremu "weź się w garść", przy cukrzycy "nie Ty jedna chorujesz, inni sobie świetnie radzą". To nie jest pociecha, tylko jasny komunikat "A Ty nie". Moja rodzina postanowiła mnie zamęczyć, stale chcą mi udowodnić, że jestem ostatnia w szeregu."Od diagnozy minęły dwa miesiące, a miało się wyrównać w ciągu trzech tygodni" - i co chcesz mi przez to powiedzieć, że coś jest nie tak, odbiegam od normy? Nie widzisz, że ten komentarz, którego nie jesteś w stanie sobie odmówić, potęguje jedynie mój niepokój i stres?! I ten oskarżycielski ton za każdym razem jak widzisz mnie trzęsącą się, skuloną w pościeli "Co znowu źle zrobiłaś/przeliczyłaś/zjadłaś?!" Nie doczytają, nie mają wiedzy, stale pytają o te same rzeczy, albo gadają pierdoły z przekonaniem godnym lepszej sprawy. Czasem myślę, że nie tylko my powinniśmy przechodzić specjalne szkolenia, ale przede wszystkim nasi bliscy. Choć nie na wiele zda się szkolenie, gdy brak dobrej woli...