Newsy ze "słodkiego" frontu

czwartek, 1 lipca 2010

Słodkości i pyszności

Tak, dzisiaj będziemy się perwersyjnie umartwiać, hie hie ;] Ruszam diabetyczny temat tabu ;] Jest to zarazem masochistyczny akt, wywołujący natychmiastowy odruch Pawłowa, którego źródło bije w niedawnym przejawie sadyzmu. Krótko mówiąc: mój M. miał kilka dni temu imieniny, podczas których, w sposób namiętny i okrutny, obżarł się na moich oczach, po kolei: tartą z truskawkami, czekoladowym ptasim mleczkiem, lodami koktajlowymi, poprawiając w finale miętową czekoladą nadziewaną Wedel (co było szczytem chamstwa, gdyż jest to moja ulubiona czekolada!). Do dzisiaj obmyślam wyrafinowany akt zemsty w postaci powieszenia go na słupie za paznokcie od stóp...

Przed zachorowaniem uwielbiałam beztrosko marnotrawić czas na błądzenie wśród regałów, w poszukiwaniu nowych słodkich różności. Do domu wracałam z pełną siatą, po czym włączałam jakiś miły film i oddawałam się słodkiej uczcie.To był niezawodny sposób na chandrę. Po takim rytuale wszystkie czarne myśli w tajemniczy sposób ulatywały w niebyt, robiąc miejsce całej masie endorfin. Niestety, nagle wszystko się skończyło, przyszła cukrzyca, a wraz z nią ograniczenia, zakazy, przestrogi...

Oj, jakże mnie ssie na słodkie! Dla tak namiętnego słodkojada wykluczenie węglowodanów prostych z diety jest jak bolesny detoks. Cóż począć -  kto raz był uzależniony, ten do końca życia pozostanie narkomanem. A trzeba przyznać, że ja słodycze ćpałam i to nieraz w zabójczych dawkach.

Na początku choroby, przerażona konsekwencjami, trzymałam się, co prawda, w swym postanowieniu wcale nieźle. Strach powstrzymywał mnie skutecznie od sięgnięcia po pyszności. Jednak od kiedy wykombinowałam, że i po słodkim można mieć ładne cukry, coraz częściej sobie folguję. Mimo to staram się w tym wszystkim zachować rozsądek:
  • przede wszystkim stawiam na format mini(słodycze w opakowaniach o małej gramaturze). Z dwóch powodów: po pierwsze - jak wiadomo cukier prosty szybko podnosi glikemię, więc słodycze zawierające niewielką ilość WW nie spowodują gwałtownego podniesienia się cukru do wartości niepożądanych, po drugie - mniejszą paczuszkę można zjeść w całości. Przy dużej paczce odczuwałam często irytujące ograniczenie, że mogę zjeść tylko 1-2 ciastka, a reszta jest już dla mnie zabroniona.
  • dbam, by w lodówce zawsze były jogurty i serki homogenizowane - jak chwyci słodyczowy głód, zamiast batonika zjem coś zdrowszego (polecam Jogobellę - ma stosunkowo niewiele WW i ogromny wybór pysznych smaków)
  • staram się zastąpić sztuczne słodycze naturalnym źródłem fruktozy, zwłaszcza teraz, gdy zaczyna się owocowa orgia

niedziela, 27 czerwca 2010

Najlepszy lekarz

Chcesz poznać jego dane, to zajrzyj w swój dowód ;) Diabetyku, jesteś dla siebie najlepszym lekarzem!

"Zachorowałem, poszedłem do lekarza, przepisał mi trzy fiolki w trzech kolorach, już jest spoko i się lenie na L4" - powiedzmy to sobie szczerze: takiej kwestii w scenariuszu dla Ciebie nie przewidziano :P Od diabetologa nie dostaniesz gotowej instrukcji i algorytmu postępowania w chorobie. Na szkoleniu nauczą Cię jak obliczać dawki, jak i gdzie się kłuć, kiedy mierzyć glikemię. Po czym klepną w zadek na zapęd i z rękoma pełnymi materiałów dydaktycznych oraz tablicami WW w zębach, wypuszczą w samotny dyskurs z własnym organizmem. Wracasz do domu i z pedantyczną skrupulatnością przestrzegasz diety, pór pomiarów, wyliczasz dawki, omijając jednocześnie szerokim łukiem wszystko to, co mieści się w szufladce: "Nie wiem jak?!". Seks, wypad na rower, obiad na mieście, impreza, skakanie na koncercie - kurna no, gdzie tu znaleźć tablice z zależnością pozycji na pieska i ilości pchnięć od ilości jednostek, o którą należy zmniejszyć dawkę, albo kto odpowie na pytanie, o ile mg% zbija cukier 10 wymachów zadem na parkiecie? Tysiąc pytań, a znikąd odpowiedzi. A przecież jesteś młody i chcesz korzystać z życia i żadna cukrzyca Ci w tym nie przeszkodzi, right? ;) W dodatku Twój dyskurs z organizmem przypomina sytuację w stylu: "Gadał dziad do obrazu". Ty swoje, organizm swoje. A wiesz dlaczego? Bo to nie dialog, tylko monolog. Twój organizm Cię nie słucha, bo Ty go nie słuchasz ;)

Aby zgodnie żyć z cukrzycą, musisz uważnie obserwować reakcje swojego ciała i wyciągać z tego wnioski (najlepiej w formie pisemnej). Traktuj swój organizm jako jedyny w swoim rodzaju, przebieg choroby jest niezwykle osobniczy. Na poziom glikemii ma wpływ nie tylko, to co spożywasz, ale też pora dnia, emocje (np. stres podnosi cukier), czas i intensywność wysiłku fizycznego, miesiączka (ja mam np. zawsze podwyższoną glikemię w tym czasie)i wiele innych czynników. Wypracuj własny, indywidualny "Algorytm Słodziaka" i miej na uwadze fakt, że będziesz musiał go dostosowywać w czasie - cukrzyca zmienia się razem z Tobą ;)

Poniżej część z tego (part 1), co już zdążyłam zaobserwować. Pamiętaj jednak: mój organizm, to nie Twój - nie wszystko musi się sprawdzić w Twoim przypadku.

  • gdy mieszam za sobą węglowodany proste ze złożonymi, posiłek typu: obiad+deser, mam później wysoki cukier (nawet, jeśli bardzo dokładnie obliczę dawkę na cały posiłek); słodycze i wszystkie inne produkty z wysokim IG najlepiej zjeść osobno, np. na II śniadanie lub podwieczorek
  • czasem zdarza się, że wychodzi ze mnie mały żarłok i zjedzony posiłek mi nie wystarcza, miałabym ochotę na coś więcej. Do tej pory po prostu obliczałam dawkę, dostrzykiwałam insulinę i pożerałam, wielce się później dziwiąc skąd cukier 200mg%, skoro tak pięknie wszystko wyliczyłam. Teraz już wiem, że przed decyzją o dojedzeniu do posiłku trzeba koniecznie zmierzyć glikemię. Jeśli np. zjesz trzy kanapki i po półgodzinie masz ochotę jeszcze na jogurt, to cukier wyjściowy możesz mieć 120/130mg% i jogurt (ok. 3WW) podniesie Ci go jeszcze o dodatkowe 120mg%, nawet jeśli podasz pod niego insulinę!
  • nigdy nie zaczynam posiłku przy glikemii powyżej 90mg%. Jeśli cukier jest wyższy, podaję insulinę i czekam aż spadnie. Dopiero wtedy jem, a dwie godziny później cieszę się idealnym cukrem po-posiłkowym.
  • nie planuję wysiłku fizycznego na określoną godzinę, np. obiad zjem o 15, podając połowę dawki, bo o 15:30 idę na spacer. Z doświadczenia wiem, że różnie to z planami bywa i czasem wychodzi się później, niż się chciało - efekt: wysoki cukier, który nie został zbity. Jem obiad, podając dokładnie wyliczoną dawkę, przed spacerem mierzę cukier i jak jest niższy niż 130mg% (a spacer ma być długi), to dojadam 2 kromki chleba i wychodzę.
  • idealna glikemia przed seksem: 140-160mg% (no chyba, że zamierzasz leżeć jak kłoda i napawać się widokiem sufitu :D)
  • obliczając dawkę, zawsze wliczam w nią tłuszcz (podbija glikemię). Mój przelicznik, to 15 g tłuszczu=dodatkowo 1 jednostka. Jednak generalnie staram się nie dodawać tłuszczu do potraw, nie jem parówek (które mają go sporo) i wystrzegam się tłustych serów oraz sosów.
  • uważaj przy podawaniu insuliny, by nie trafić w naczynko (nie wkłuwaj się zbyt głęboko) - wraz z krwią wyleci część insuliny i może Cię potem zaskoczyć wysoki cukier
  • obserwuj swoją przemianę materii - mi wystarczy trochę poruszać się po mieszkaniu, by cukier poleciał w dół

środa, 23 czerwca 2010

Na rozgrzewkę

Miałam już nie pisać. Między innymi z tego powodu, że potrzebny był mi dystans do choroby. Chciałam wyrzucić ją z mojej codzienności, nie fizycznie - bo ze względu na pewną wymuszoną rytualność, to możliwe nie jest - a psychicznie. Innymi słowy, chciałam przestać myśleć o sobie, jak o człowieku chorym i ograniczeniach z tym związanych. And guess what? - udało się!

Lojalnie uprzedzam, że przestawienie myślenia, to droga przez mękę. Lęk o siebie jest jedną z tych wrednych emocji, które powracają jak bumerang i prawdopodobnie, opuszczając świadomość, nigdy nie wychodzą z podświadomości. Wiem to na podstawie moich snów - niby umysł wolny od złych myśli, a w nocy wszystko to się przelewa, kondensuje i wychodzi z najciemniejszych dziur. Mam plan zabrać się za plewienie chwastów w moim id, ale raczej z pomocą specjalistów. Sama boję się mieszać aż tak głęboko ;]

A teraz trochę dla śmiechu (chociaż wstydzę się swojej głupoty), ale też i ku przestrodze: co może wykoncypować mózg bez odpowiedniego firewall'a. Od dnia opuszczenia szpitala, do chwili obecnej wynalazłam w sobie, m.in.:
  • raka piersi (ubzdurałam sobie, że lewa brodawka wchłania się przy założeniu ramienia za głowę i zaraz, tego samego dnia, chciałam się umawiać na mammografię - po badaniu manualnym zostałam wręcz wyśmiana przez ginekolożkę)
  • zgorzel na stopie (obtarłam sobie stopę niewygodnym butem i zrobił się wiśniowy siniak, który nie chciał się wchłonąć przez dwa tygodnie. Oczywiście przeczytałam na ten temat pół Internetu, by po jakimś czasie natrafić na informację: "występuje najczęściej na stopach w postaci czerwono-fioletowego zapalenia skóry" i przeryczeć całą noc, że mam zgorzel i obetną mi stopę)
  • atopowe zapalenie skóry (wyskoczyła mi delikatna wysypka na dekolcie, Internet podpowiedział resztę skojarzeń)
  • karotemię na podeszwach stóp i spodzie dłoni (po przeczytaniu, że cukrzycy mają często zażółcenia od źle wchłanianego karotenu, obejrzałam stopy przy każdym źródle światła, jakie znalazłam, wynajdując zaawansowaną karotemię, co doprowadziło między innymi do dwutygodniowej rezygnacji ze spożywania wszelkich produktów zawierających karoten. Po oględzinach moich stóp diabetolożka popukała się w głowę)
  • i już nawet nie wspomnę, ile brzydkich słów na "P"

Na Blipie jest tagi ładny tag - #japierdole. #cokurwa też nieźle pasuje :D

niedziela, 10 stycznia 2010

Negacja

"Pierwszą reakcją na rozpoznanie cukrzycy jest zazwyczaj bunt przeciw chorobie jako niesprawiedliwemu, złośliwemu zrządzeniu losu". No, a ja zawsze od dupy strony...

Po wyjściu ze szpitala miałam ambicję udowodnić sobie i innym, że świetnie sobie poradzę. Broszurki edukacyjne napawały mnie strachem od licznych słów na "P", ale ludzkie historie znalezione w sieci utwierdziły w przekonaniu, że nie taki wilk straszny. Kurcze ludzie uczą się, pracują, zakładają rodziny, normalnie żyją, a nawet szaleją czasem :D Dlaczego niby ja miałabym być gorsza? Nie chciałam być jedną z tych, dla których choroba jest idealnym wytrychem do ludzkiej wrażliwości i współczucia, dzięki czemu mogą być traktowani specjalnie, mogą wymagać maksymalnie od innych, a minimalnie od siebie. O nie, przecież ja w chorobie znajdę siłę, przewartościuje swoje życie. "Wiem po co zachorowałam. By być najszczęśliwszą" - pamiętam jak znalazłam ten krótki tekst w jednej z sygnatur na forum, to było niesamowite jak bardzo odzwierciedlał to co czułam w tamtym okresie i jak wiele dał mi do myślenia.
Minęły dwa miesiące, a ja zamiast z ostrego zakrętu wyjść na prostą, wyrżnęłam łbem w parkan. Podczas gdy inni się stopniowo adaptują, moja psychika postanowiła dla odmiany wejść w fazę buntu. Wbrew pozorom nie buntuję się typowo, na zasadzie odrzucenia choroby i wszelkich zaleceń lekarzy. Dalej pokornie mierzę glikemię, obliczam dawki, latam za paskami, próbując prośbą i groźbą zmusić lekarza, by wypisał mi receptę na więcej niż 200/3 m-ce...I to chyba wkurza mnie najbardziej, że mimo wielkiej dbałości, ta choroba tak daje mi w kość! Co z tego, że z podręcznikową precyzją wyliczam jednostki, ważę jedzenie i przestrzegam stałych pór posiłku, jak co chwilę męczą mnie ostre niedocukrzenia (których przecież nie ma prawa być przy takiej skrupulatności!). Po dniu z taką huśtawką w moich oczach można dojrzeć tylko jedno "proszę weź młot i mnie dobij!"...

Różne migawki z codzienności, czy sceny z filmów wywołuje to same obmierzłe skojarzenie - ja już tak nigdy nie będę mogła. Niczym nieskrępowana miłość, szalony taniec na jakimś zatłoczonym przystanku, albo zwyczajny bieg spóźnionej studentki do odjeżdżającego tramwaju - a ne ne nie dla Ciebie koleżanko, najpierw zmierz cukier i zjedz kanapkę, bo inaczej jak 90-letnia babcia zaczniesz się telepać, bełkotać i nie wiadomo co jeszcze kurwa! Spontaniczność nie jest dla takich kalek ja Ty, pozostaw ją zdrowym. Rutyna, przewidywalność, przezorność. Mogłabym je oswoić, gdybym tylko dzięki temu czuła się dobrze...

Otoczenie wzmaga postawę negacji. Zapamiętaj człowieku - przy depresji nie wolno mówić choremu "weź się w garść", przy cukrzycy "nie Ty jedna chorujesz, inni sobie świetnie radzą". To nie jest pociecha, tylko jasny komunikat "A Ty nie". Moja rodzina postanowiła mnie zamęczyć, stale chcą mi udowodnić, że jestem ostatnia w szeregu."Od diagnozy minęły dwa miesiące, a miało się wyrównać w ciągu trzech tygodni" - i co chcesz mi przez to powiedzieć, że coś jest nie tak, odbiegam od normy? Nie widzisz, że ten komentarz, którego nie jesteś w stanie sobie odmówić, potęguje jedynie mój niepokój i stres?! I ten oskarżycielski ton za każdym razem jak widzisz mnie trzęsącą się, skuloną w pościeli "Co znowu źle zrobiłaś/przeliczyłaś/zjadłaś?!" Nie doczytają, nie mają wiedzy, stale pytają o te same rzeczy, albo gadają pierdoły z przekonaniem godnym lepszej sprawy. Czasem myślę, że nie tylko my powinniśmy przechodzić specjalne szkolenia, ale przede wszystkim nasi bliscy. Choć nie na wiele zda się szkolenie, gdy brak dobrej woli...

środa, 6 stycznia 2010

Pierwsze nocne hipo

Pewnie jak wielu z nas, na początku odczuwałam stałą presję, by co 5 minut mierzyć cukier. Nie wystarczała mi świadomość poziomu glikemii na czczo i dwie godziny po posiłku. Zadręczałam się przewidywaniem, co się dzieje w tzw czasie "pomiędzy".

Hm, ok... skoro dwie godziny po jedzeniu jest 125mg%, to ile było w godzinę, a ile tuż po? Czy na pewno w żadnym punkcie cukier nie wahnął się powyżej 135mg%? A co jeśli wyskoczyło ponad próg nerkowy i czy było to punktowo, czy utrzymywało się przez jakiś czas i co się w związku z tym popsuło w moim organizmie?

Można założyć z pewnym marginesem błędu, że szał na monitorowanie "pomiędzy" po pewnym czasie mi minął. Stale jednak nie mogłam pozbyć się lęku o cukier w nocy. Naczytałam się o nocnych niedocukrzeniach i zwłaszcza te niewyczuwalne pachniały mi grozą. Niefajnie jest się budzić ze zużytą strzykawką od Glukagonu i zatroskaną twarzą bliskiej osoby przy boku. Z drugiej strony założyłam sobie, że to cukrzycę dostosuje do życia, a nie życie do cukrzycy.

W życiu miałam zawsze dwa źódła endorfin - słodycze i seks. To pierwsze byłam zmuszona ograniczyć, ale tego drugiego sobie nie dam. Hell no! Więc tego dnia, jak każdego innego, zjadłam porządną kolację, podałam odpowiednio zmniejszoną dawkę insuliny pod intensywny wysiłek fizyczny :D i oddałam się temu, co tygryski lubią najbardziej :P Przy pomiarze przed snem glukometr wyświetlił 84mg%. Zdążyłam pochwalić się za cukier jak u zdrowych, odpędzić natrętną myśl, że Lantus może nie tylko podtrzymuje, ale również i zbija, i zapadłam w głęboki sen szczęśliwego człowieka.

Sen rozwijał się dość obiecująco, wzbogacony o ciekawe wątki erotyczne :D Gdy miłą historię zastąpiła krwawa makabreska, cukier zapewne leciał na łeb na szyję. Co ciekawe już we śnie włączyła się moja świadomość i wiedziałam, że muszę się obudzić. Zaczęłam krzyczeć, próbując przedrzeć się ze snu do jawy, aby ktoś mnie stamtąd wyrwał. Wrzeszczałam, ale nie mogłam wydobyć głosu (typowy sen z niemym krzykiem, bądź z ucieczką w miejscu). Wtedy  zaczęło się to najgorsze uczucie, którego już kilka razy niestety zdarzyło mi się doświadczyć - sen we śnie. Śniło mi się, że ten koszmar mi się śni, a leżący obok mnie ukochany mnie z niego wybudził, tj śniło mi się dokładnie to, co chciałam w tym momencie by uczynił . Koszmar - chcesz się wybudzić, a nie możesz. Trochę tak jakbyś próbował wydostać się z bagna, które Cię wciąga, brrr. W końcu jednak przedarłam się z krzykiem, chłopak mnie usłyszał i potrząsając mną na wszystkie strony, zdołał mnie wyrwać z tej masakry. Łatwo się domyślić, że glukometr wypluł wynik 43mg%...

Pierwszy raz tak wyraźnie doświadczyłam zagrożenia życia. Naprawdę to są sekundy. Od tego czasu zwalczam nową paranoję - strach przed zaśnięciem i nadmierne zmniejszanie dawki insuliny pod kolację. Czasem z miernym skutkiem, wczoraj przesadziłam i przed snem wyskoczyło 256mg%

Na koniec wątek humorystyczny :D Sen we śnie miał też swój wesoły wariant. Wiele razy śniło mi się, że wyłączam budzik, wstaje i idę do łazienki i nie mogłam zrozumieć, czemu wokół stoją ludzie i wrzeszczą na mnie, że mam podnieść tyłek, bo się spóźnię na zajęcia - przecież już dawno wstałam:! D

Uwaga!

Zdjęcia umieszczone na blogu nie są moją własnością. Kliknięcie każdego z nich przenosi na stronę źródła. O ile nie oznaczono inaczej, warstwa tekstowa bloga jest mojego autorstwa i moją prawnie chronioną własnością. Jeśli chcesz skopiować tekst w części lub całości, najpierw zapytaj

Jeśli natrafisz na nieaktualny link na blogu, zgłoś to w komentarzu.