Newsy ze "słodkiego" frontu

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

10 kroków do tyłu

Jest koło ósmej, właśnie zjadłam śniadanie i popijam resztkę kawy. Przekrwione, podkrążone oczy, zmęczona twarz, przymulenie - tak, znowu zawaliłam noc.

Nigdy nie zrozumiem tego fenomenu we mnie. Tej stale czyhającej gdzieś w środku, uśpionej potrzeby autodestrukcji. Mam za sobą dwie koszmarne depresje, tą ostatnią z zaburzeniami osobowości. Wydobycie się z niej zajęło mi trzy lata intensywnej terapii i mogę powiedzieć, że mniej więcej od pół roku jestem zdrowa. A jednak pewne skłonności stały się tak silnie ukorzenioną częścią mnie, że nie mogę się ich pozbyć. Nie mogę? Podobno według psychologii "nie mogę" znaczy "nie chcę".

Paradoks. Nauczyłam się kochać życie, jarać się nim, doceniać to, co mam. Nauczyłam się też kochać siebie. Dlaczego więc co jakiś czas robię wszystko, żeby znów zrobić dziesięć kroków do tyłu?

Pamiętam, jak podczas terapii usłyszałam, że tkwię w stanie depresji, bo tak jest mi wygodnie, bo w rzeczywistości czuje się w nim bezpiecznie i wykorzystuje go dla określonych korzyści. Dżizas, to był szok! Czułam złość, oburzenie. Jak ta baba śmie imputować mi masochizm i interesowność?!

To chyba najlepsze odzwierciedlanie samonapędzającego się mechanizmu depresji. Korzyści jest mnóstwo. Masz świetne alibi, usprawiedliwienie, by niczego od siebie nie wymagać. To przecież choroba bezsilności. Otoczenie ma pochylać się nad Tobą i głaskać po główce. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to Ty tu cierpisz, to Ty tu jesteś ofiarą.

Poukładałam swoje życie. Łaknąc porządku, stworzyłam z niego ustaloną sekwencję czynności, procedur, rytuałów. Wyjście z depresji było jak wygrzebanie się spod ziemi i pierwszy haust powietrza. Musiałam się nauczyć odpowiedzialności za siebie, swój związek i fizyczną przestrzeń wokół mnie. Wejście w łańcuch rutyny pozwoliło mi w końcu poczuć wewnętrzny spokój i uzyskać stabilność psychiczną. Czyżby ten łańcuch zaczynał mnie cisnąć?

Chyba tak, bo niszcząc siebie, chcę mieć podstawę do tego, by móc powiedzieć światu "ja to wszystko pierdolę!". Dlatego upadlam się, kumulując i nasilając wszystkie te destrukcyjne czynności, które znów zrobią ze mnie ofiarę. Celowo nie śpię, ograniczam posiłki do kilograma orzechów i lodów, nie wychodzę z domu. Rano w przekrwionymi oczami, zgagą, rozczochrana, w piżamie i syfem wokół jestem przecież bardziej wiarygodna. Mój Mąż nie będzie miał mi za złe bałaganu. Pokiwa tylko głową, przytuli i z troską zapyta "znowu miałaś złe cukry w nocy?".

Cukrzyca jest moją nową depresją, nowym wytrychem do odpuszczenia sobie. Ewidentnie - czas na zmianę. Najpierw jednak muszę się znowu poskładać.

Ostatnio jedna z lasek na youtube zainspirowała mnie swoim sposobem na konsekwencję. Otóż obieramy sobie cel, a następnie dzielimy go na czynności, które należy wykonać codziennie, by ten cel osiągnąć. Za każdy dzień przyznajemy sobie punkty, w zależności od stopnia zrealizowania każdej z czynności. Po miesiącu podliczamy się, przy czym cel minimalny to uzyskanie 80%. I nie należy sobie dawać forów, wręcz przeciwnie - oceniać z całą surowością, tak jakbyśmy wystawiali noty innej osobie. Filmik dotyczył odchudzania, ale myślę, że pomysł sprawdzi się też przy innych obranych celach.

Ok, cel na teraz - zamiast oglądać te filmy, które sobie właśnie naszykowałaś, idź w końcu spać, kobieto!

piątek, 1 kwietnia 2011

Dyskretna towarzyszka

Dwa tygodnie temu miałam wizytę u diabetologa. Mniej więcej w połowie okazało się, że posłużę za materiał ćwiczeniowy dla studentów. Wiedziałam jak wygląda wywiad z chorym, bo przeżyłam to już w szpitalu. Wówczas było to dla mnie straszne przeżycie. Obezwładniona faktem nieuleczalnej choroby, przerażona wizjami na przyszłość z wielkim trudem odpowiadałam na zadawane mi pytania. Czułam się gorsza, wstydziłam się swoich dolegliwości. Czułam się jak wrak. Wokół mnie grupka dowcipkujących młodych ludzi, a w środku ja - schorowana kobita.

Dzisiaj rolę się odwracają. Ja jestem na luzie, opowiadam o swoich trzech siostrach, uśmiechając się, żartując, a oni tacy poważni, lekko może stropieni moją bezpośredniością. Nie pasuję do wizerunku człowieka obarczonego chorobami. Patrzą i widzą zadbaną, fajną laskę i wiesz co  - to jest fantastyczne, że cukrzyca jest taka "niewidoczna".

Idziesz ulicą i nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że nosisz bombę zapalną w sobie. Narzędzia tortur są estetyczne i dyskretne - możesz sobie zmierzyć cukier nie wyjmując glukometru z torebki, a jak już go wyjmiesz, to prędzej ktoś go weźmie za fajny gadżet niż akcesorium medyczne. Podanie insuliny to chwila moment, przy pustej sali w restauracji nie trzeba się nawet chować po toaletach. Jeśli dobrze wyczuwasz niedocukrzenia i panujesz nad nimi, to w zasadzie nie musisz wtajemniczać swoich znajomych, wystarczy, że rodzina wie.

Ta choroba daje możliwość uczynienia jej swoją indywidualną, prywatną sprawą i jestem jej za to niezmiernie wdzięczna. Możesz w pełni ją kontrolować, trzymając jednocześnie za zamkniętymi drzwiami.

Nie wstydzę się jej. To potrzeba intymności mną kieruje. Jak wiele innych kwestii, które określają mnie jako człowieka i które pragnę zachować dla siebie. Poza tym w ten sposób stawiam też granice, odejmuje jej istotności i ciężaru.

czwartek, 31 marca 2011

Wielkanoc pod mostem

Miesiąc temu dowiedziałam się, że właścicielka mieszkania, które wynajmuję, życzy sobie odwiedzić rodzinę na święta (na co dzień mieszka w Szwajcarii), co się przekłada na fakt, iż mamy wynieść się z mieszkania na dziewięć dni. Woo hah...

Mieszkanie wynajmuję od roku za czynsz i niewielką opłatę. Początkowo wydawało mi się to jakiś niesamowitym fartem, później jednak okazało się, że, aby przystosować lokal do życia, trzeba, m.in.: wstawić nowe drzwi wejściowe, naprawić termę w kuchni, wymienić baterię w łazience, naprawić spłuczkę i tego typu przyjemności. Dobra tam, przełknęłam. Potem doszedł kolejny warunek w postaci wstawienia nowego okna w kuchni. Też zrobione. Ale teraz to kobita przegięła pałę!

Przypominam sobie, że przy załatwianiu formalności była mowa o tym, że baba przyjedzie na Wielkanoc poznać ludzi, którym wynajęła mieszkanie (do tej pory kontakt był wyłącznie przez pełnomocnika). Najwidoczniej zmieniła jednak zdanie... Ale dziewięć dni?! I co, w sensie, że mam zostawić swoje rzeczy, dokumenty, a Ty se przyjedziesz, będziesz jadła z moich talerzy, zaglądała mi w szuflady i jeszcze mam pewnie posprzątać na Twój przyjazd, tak?! Kurwaaaa

Być może jestem jakaś nietypowa, ale ja sobie absolutnie nie wyobrażam, że mogłabym postawić ludzi w takiej sytuacji. Moja mieszkanie - moja brocha, ale jak chcę mieć się gdzie zatrzymać, to go nie wynajmuję - proste. Nie można w taki sposób determinować czyjegoś życia i być do tego stopnia wobec tego faktu obojętnym.

Anyway, postanowiłam dać jej odczuć, jak się tu zapatrujemy na jej wspaniały pomysł. W pokojach pozaklejam szafy i szuflady taśmą klejącą, a cały sprzęt kuchenny typu czajnik elektryczny, grill, ekspres do kawy popakuję w kartony i wyniosę do piwnicy. Podobnie zrobię z naczyniami, garnkami i sztućcami  - wszystko powędruje do pawlacza. Lapka zabieram ze sobą. Zestaw kina domowego jest za ciężki i za dużo przestrzeni zajmuje, więc tylko odłączę i pochowam kable. Piloty lecą do kartonu i do piwnicy, zostanie tylko jeden - do tego jej pierdzącego grata. Telefon stacjonarny pojedzie z nami.

Haha, śmiało babo, przyjeżdżaj. Tylko nie zapomnij zabrać talerzy ze sobą. A i może przy odrobinie szczęścia i dobrej pogodzie złapiesz z kilka kanałów :D

środa, 30 marca 2011

Nie jest fajnie

Piąta rano i pierwsza myśl - ja pierdolę. Nie da się inaczej, bo ten cholerny budzik roztapia ci zwoje mózgowe. Dobra, policzę do trzech i wstaję. 1...2...2,1 Za pół godziny druga myśl - ja pierdolę. Wstaję, łykam małą białą tabletkę. Następny przystanek - łazienka. Zdejmuję foliowe rękawiczki, zmywam resztki maści i jestem już gotowa do pierwszego pomiaru cukru. Pik w paluszek, zapis i zrobione. Teraz będzie trudniej, bo zaczynam być potwornie głodna, a kawę mogę wypić dopiero za dwie godziny... Co za tym idzie insa też dopiero za dwie, więc nie mogę ani pójść się myć, ani ogarniać chałupy, bo urośnie mi cukier. Hm, chyba włączę sobie film. Co za nuda panie, że też im się chciało wydawać na to...ejże, hm, czyżby? Tak! Można już jeść śniadanko! Tyle czekałam, to sobie przygotuję mega wypasione. Gotowe, jeszcze tylko pik w paluszek, insa w brzuszek i można zajadać. Rozkoszuje się każdym kęsem, bo wiem, że za chwilę już nie będzie tak fajnie. Rzeczywiście, po chwili zaczynam się robić strasznie senna, opadam z sił. Jednocześnie nerwowo rozglądam się w kierunku okna, bo czuję, jak całe ciało ogarnia gorąc i duchota. Do tego wali mi serce. Tak - to cukier rośnie w szalonym tempie. Mimo że mój posiłek składał się jak zawsze z produktów o niskim IG i był odpowiednio przeliczony. Kładę się, bo nie jestem w stanie wysiedzieć. Jednocześnie wiem, że muszę to spokojnie przeczekać, bo za godzinę to uczucie minie, a za dwie cukier powinien być ok. Wybija ósma i już jest po kryzysie. Lecę więc do łazienki, ogarniam mieszkanie i już mogę siadać do pracy. Teraz mam przed sobą około sześciu godzin względnego skupienia, kiedy mogę cokolwiek zrobić. W tym czasie nie jem, bo nie mogę sobie pozwolić na opadnięcie z sił i stratę czasu. Robię sobie małą przerwę na powieszenie prania i ugotowanie obiadu. Słyszę dźwięk klucza przekręconego w zamku - to moje kochanie wróciło z pracy. Wow, czyli jest już 14. Ok, w czasie, gdy Mąż je obiad, ja staram się jak najlepiej wykorzystać ten czas. Nic dziwnego - w końcu to jedyna chwila w ciągu dnia, kiedy możemy sobie pogadać. Za chwilę bowiem jedyną rzecz, jaką będę w stanie zrobić, to doczołganie się do łóżka i padnięcie na nie. Będę tak spała nieprzytomnie mniej więcej do 20. Potem wstanę, ogarnę mieszkanie, zrobię lunch do pracy, umyje się, podam insę i zjem kolację. Następnie odczekam dwie godziny, podam Lantusa, łyknę żelazo i pójdę spać. A następnego dnia znowu obudzę się z przekleństwem na ustach.


No, fakt - jestem w bardzo kiepskim stanie. Regulująca się tarczyca rozwala mi totalnie cukry, anemia zabiera siły i niestety odezwało się uczulenie na rękach. Ale nic to, trzeba przeczekać to piekło. Nagrodą za to będą znowu ładne cukry, silne, lśniące włosy i nawilżona, czysta skóra. Będę miało mnóstwo energii i ranki witała z uśmiechem. Pamiętam, jak cudownie było obserwować te stopniowe, ale wyraźne zmiany, gdy zaczęłam leczyć tarczycę. Nie pozostaje mi nic innego jak silnie wizualizować ten moment i uzbroić się w cierpliwość.

wtorek, 29 marca 2011

Paranojo wypierdalaj!

Ogarnij to człowieku na logikę. Tak, Ty, co codziennie bluźnisz przeciwko życiu. Masz jedno Teraz i z premedytacją je marnujesz. No i co z tego, że jesteś chory i że to nie jest taka tam sobie anginka czy inna grypka? Nakłuwasz swoje ciało, łykasz piksy, tracisz czas na badania, wizyty u lekarza, godzisz się na zasady i wyrzeczenia, i do tego jeszcze nieźle bulisz. Hello? Mało ta choroba zajmuje miejsca w Twoim życiu?!

No najwidoczniej mało, bo z premedytacją poszerzasz jej lokum. Zapraszasz do swoich myśli, pozwalasz sycić lęki i stresy, wpływać na nastrój i dzień. Z tego wniosek, że Twój organizm cierpi za mało i trzeba go jeszcze dobić.

No tak, ale przecież powikłania i nigdy nie wiadomo, co będzie za rok, dwa, dziesięć. Serio? A wiesz ile jest chorób na świecie, wiesz, że w każdym momencie jakaś Twoja komórka może zapaść na chorobę, której nikt jeszcze nie odkrył i ty będziesz tym pierwszym "szczęśliwcem"? Wiesz, że możesz przez przypadkiem dostać młotkiem w łeb, albo na pasach przejedzie Cię tir? I co, myślisz, że jak zaczniesz obawiać się tych sytuacji, to one Cię nie dotkną? Hm, głośniej, bo nie dosłyszałam...

Tyle niebezpiecznych sytuacji czyha za rogiem, a jednak wychodzisz z domu. W każdej chwili może przejechać Cię tir, a mimo to przechodzisz przez pasy, nie myśląc wcale o tym, jakie to ryzykowne. Zanim jednak na nie wejdziesz, rozglądasz się w prawo, w lewo i jeszcze raz w prawo.

Wielka szkoda, ale niestety szklanej kuli nie masz. Przyszłości nie przewidzisz, choćbyś nie wiadomo, jak się starał. To co ma być i tak się stanie. Jedyne, co możesz zrobić to, podobnie jak przy przechodzeniu przez pasy, starać się ograniczyć ryzyko, przestrzegając zasad.

Raz na zawsze porzuć więc myślenie o Potem na rzecz działania w Teraz. Zajmij się tym, na co możesz wpłynąć, a skończ z tym, co bezcelowe. Szkoda czasu, nerwów, wszystkiego - szkoda życia! Przecież ono ma znacznie więcej do zaoferowania niż taki mało istotny wycinek jak Twoja choroba.

Szanuj swoje ciało, dbaj o to, czego mu dostarczasz i jak je traktujesz. I przestań karmić paranoję, bo działasz wyłącznie przeciwko samemu sobie. Nie pogarszaj stanu swojego organizmu niepotrzebnym stresem i lękiem. Uwierz mi - do tej pory nie zanotowano przypadków cudownych ozdrowień przez zamartwianie się.


Ok - zrozumiałam przesłanie. A teraz Ty ogarnij to na logikę ;)

wtorek, 15 marca 2011

Cherlak...

a konkretnie "cherlawy Anusiak", jak to mnie czule nazywa Mąż. Bez obaw, z kultowym synem chłopa mam wspólnego tylko kilka przypadkowych liter w nazwie. Anusia "brzmi gejowato" (ponoć), to zostałam Anusiakiem :D A że cherlawym, to już zupełnie inna historia...

Pewnego niezbyt pięknego i nie za ciepłego dnia nie przyjechała ciocia. Nie zawitała też przez kolejne sześć dni, a tymczasem ciało puchło, a w podbrzuszu działy się dziwne dziwy, jakby zaraz miał z niego wyleźć Obcy.  Zaraz więc w trybie zaawansowanej hipochondrii łamiącym się głosem zawyłam w słuchawkę ginekolożki, umawiając na "najszybszy możliwy termin, bo coś jest proszę pani doktór nie tak". Podczas wizyty na słowa "prawdopodobnie ciąża" zachwiałam się lekko, by w chwilę później popaść w stan niemalże przedzawałowy, gdy już wybrzmiały ostatnie sylaby mar-ke-rów no-wo-two-ro-wych. Noc minęła mi bezsennie, ale jakże twórczo - takich scenariuszy i sam Lynch by się nie powstydził. Jak tylko kur zapiał, poleciałam dać sobie utoczyć krwi, by następnie przez pół dnia udawać, że pracuję. O 17 odebrałam kopertę z wynikami i przez następne 10 minut bałam się ją otworzyć. Gdy już zobaczyłam, że raka nie mam i w ciąży nie jestem, kazałam to sobie dwa razy powtórzyć przez przypadkowy personel przychodni. Ehe, fakt - nie lubią mnie już tam. Zupełnie nie wiem dlaczego, przecież już szmat czasu upłynął, od kiedy próbowałam im wmówić, że mam kamicę nerkową :D

Koniec końców pani spóźnialska raczyła się zjawić. Z zaledwie 17-dniowym poślizgiem... I to jeszcze w dodatku wyjątkowo bezczelnie, bo najpierw tyle co kot napłakał, a później tsunami, a Obcych to chyba cały statek. Uparcie szukałam więc wroga, ale cukrzyca miała alibi - piękna normoglikemia. No to lecimy: ferrytyna, żelazo, ft4  - got ya, tarczyca! Ech, i Ty Brutusie? To ja posłusznie, dzień w dzień łykam euthyrox, a Ty mi tu ft4 obniżasz?! Phi. No i czo, i żelazo się wściekło i też se spadło - do 28, a zaraz z nim i ferrytyna - do 11. No i przyszła męda jedna, anemia.

W efekcie łykam sobie żelazo, którego ewidentnie nie lubi mój żołądek i telepię się jak 100-letni dziadek z babcią. W weekend próbowałam sprzątać mieszkanie (wersja skrócona = same podłogi + łazienka), to myślałam, że nigdy tego nie skończę - tak się zzipałam. Dzisiaj ledwo doczłapałam się po zakupy. Włosy lecą mi jak oszalałe, niedługo zacznę je chyba na peruki sprzedawać. Stan cery przemilczmy, bo jeszcze lustro pęknie, a szkoda by było, bo takie ładne, amerykańskie... O matko i córko! Cóżeś mi uczyniła z ciałem mojem moja krnąbrna tarczyco tym gruczołem swojem?!

Uwaga!

Zdjęcia umieszczone na blogu nie są moją własnością. Kliknięcie każdego z nich przenosi na stronę źródła. O ile nie oznaczono inaczej, warstwa tekstowa bloga jest mojego autorstwa i moją prawnie chronioną własnością. Jeśli chcesz skopiować tekst w części lub całości, najpierw zapytaj

Jeśli natrafisz na nieaktualny link na blogu, zgłoś to w komentarzu.