Piąta rano i pierwsza myśl - ja pierdolę. Nie da się inaczej, bo ten cholerny budzik roztapia ci zwoje mózgowe. Dobra, policzę do trzech i wstaję. 1...2...2,1 Za pół godziny druga myśl - ja pierdolę. Wstaję, łykam małą białą tabletkę. Następny przystanek - łazienka. Zdejmuję foliowe rękawiczki, zmywam resztki maści i jestem już gotowa do pierwszego pomiaru cukru. Pik w paluszek, zapis i zrobione. Teraz będzie trudniej, bo zaczynam być potwornie głodna, a kawę mogę wypić dopiero za dwie godziny... Co za tym idzie insa też dopiero za dwie, więc nie mogę ani pójść się myć, ani ogarniać chałupy, bo urośnie mi cukier. Hm, chyba włączę sobie film. Co za nuda panie, że też im się chciało wydawać na to...ejże, hm, czyżby? Tak! Można już jeść śniadanko! Tyle czekałam, to sobie przygotuję mega wypasione. Gotowe, jeszcze tylko pik w paluszek, insa w brzuszek i można zajadać. Rozkoszuje się każdym kęsem, bo wiem, że za chwilę już nie będzie tak fajnie. Rzeczywiście, po chwili zaczynam się robić strasznie senna, opadam z sił. Jednocześnie nerwowo rozglądam się w kierunku okna, bo czuję, jak całe ciało ogarnia gorąc i duchota. Do tego wali mi serce. Tak - to cukier rośnie w szalonym tempie. Mimo że mój posiłek składał się jak zawsze z produktów o niskim IG i był odpowiednio przeliczony. Kładę się, bo nie jestem w stanie wysiedzieć. Jednocześnie wiem, że muszę to spokojnie przeczekać, bo za godzinę to uczucie minie, a za dwie cukier powinien być ok. Wybija ósma i już jest po kryzysie. Lecę więc do łazienki, ogarniam mieszkanie i już mogę siadać do pracy. Teraz mam przed sobą około sześciu godzin względnego skupienia, kiedy mogę cokolwiek zrobić. W tym czasie nie jem, bo nie mogę sobie pozwolić na opadnięcie z sił i stratę czasu. Robię sobie małą przerwę na powieszenie prania i ugotowanie obiadu. Słyszę dźwięk klucza przekręconego w zamku - to moje kochanie wróciło z pracy. Wow, czyli jest już 14. Ok, w czasie, gdy Mąż je obiad, ja staram się jak najlepiej wykorzystać ten czas. Nic dziwnego - w końcu to jedyna chwila w ciągu dnia, kiedy możemy sobie pogadać. Za chwilę bowiem jedyną rzecz, jaką będę w stanie zrobić, to doczołganie się do łóżka i padnięcie na nie. Będę tak spała nieprzytomnie mniej więcej do 20. Potem wstanę, ogarnę mieszkanie, zrobię lunch do pracy, umyje się, podam insę i zjem kolację. Następnie odczekam dwie godziny, podam Lantusa, łyknę żelazo i pójdę spać. A następnego dnia znowu obudzę się z przekleństwem na ustach.
No, fakt - jestem w bardzo kiepskim stanie. Regulująca się tarczyca rozwala mi totalnie cukry, anemia zabiera siły i niestety odezwało się uczulenie na rękach. Ale nic to, trzeba przeczekać to piekło. Nagrodą za to będą znowu ładne cukry, silne, lśniące włosy i nawilżona, czysta skóra. Będę miało mnóstwo energii i ranki witała z uśmiechem. Pamiętam, jak cudownie było obserwować te stopniowe, ale wyraźne zmiany, gdy zaczęłam leczyć tarczycę. Nie pozostaje mi nic innego jak silnie wizualizować ten moment i uzbroić się w cierpliwość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz