Jest koło ósmej, właśnie zjadłam śniadanie i popijam resztkę kawy. Przekrwione, podkrążone oczy, zmęczona twarz, przymulenie - tak, znowu zawaliłam noc.
Nigdy nie zrozumiem tego fenomenu we mnie. Tej stale czyhającej gdzieś w środku, uśpionej potrzeby autodestrukcji. Mam za sobą dwie koszmarne depresje, tą ostatnią z zaburzeniami osobowości. Wydobycie się z niej zajęło mi trzy lata intensywnej terapii i mogę powiedzieć, że mniej więcej od pół roku jestem zdrowa. A jednak pewne skłonności stały się tak silnie ukorzenioną częścią mnie, że nie mogę się ich pozbyć. Nie mogę? Podobno według psychologii "nie mogę" znaczy "nie chcę".
Paradoks. Nauczyłam się kochać życie, jarać się nim, doceniać to, co mam. Nauczyłam się też kochać siebie. Dlaczego więc co jakiś czas robię wszystko, żeby znów zrobić dziesięć kroków do tyłu?
Pamiętam, jak podczas terapii usłyszałam, że tkwię w stanie depresji, bo tak jest mi wygodnie, bo w rzeczywistości czuje się w nim bezpiecznie i wykorzystuje go dla określonych korzyści. Dżizas, to był szok! Czułam złość, oburzenie. Jak ta baba śmie imputować mi masochizm i interesowność?!
To chyba najlepsze odzwierciedlanie samonapędzającego się mechanizmu depresji. Korzyści jest mnóstwo. Masz świetne alibi, usprawiedliwienie, by niczego od siebie nie wymagać. To przecież choroba bezsilności. Otoczenie ma pochylać się nad Tobą i głaskać po główce. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to Ty tu cierpisz, to Ty tu jesteś ofiarą.
Poukładałam swoje życie. Łaknąc porządku, stworzyłam z niego ustaloną sekwencję czynności, procedur, rytuałów. Wyjście z depresji było jak wygrzebanie się spod ziemi i pierwszy haust powietrza. Musiałam się nauczyć odpowiedzialności za siebie, swój związek i fizyczną przestrzeń wokół mnie. Wejście w łańcuch rutyny pozwoliło mi w końcu poczuć wewnętrzny spokój i uzyskać stabilność psychiczną. Czyżby ten łańcuch zaczynał mnie cisnąć?
Chyba tak, bo niszcząc siebie, chcę mieć podstawę do tego, by móc powiedzieć światu "ja to wszystko pierdolę!". Dlatego upadlam się, kumulując i nasilając wszystkie te destrukcyjne czynności, które znów zrobią ze mnie ofiarę. Celowo nie śpię, ograniczam posiłki do kilograma orzechów i lodów, nie wychodzę z domu. Rano w przekrwionymi oczami, zgagą, rozczochrana, w piżamie i syfem wokół jestem przecież bardziej wiarygodna. Mój Mąż nie będzie miał mi za złe bałaganu. Pokiwa tylko głową, przytuli i z troską zapyta "znowu miałaś złe cukry w nocy?".
Cukrzyca jest moją nową depresją, nowym wytrychem do odpuszczenia sobie. Ewidentnie - czas na zmianę. Najpierw jednak muszę się znowu poskładać.
Ostatnio jedna z lasek na youtube zainspirowała mnie swoim sposobem na konsekwencję. Otóż obieramy sobie cel, a następnie dzielimy go na czynności, które należy wykonać codziennie, by ten cel osiągnąć. Za każdy dzień przyznajemy sobie punkty, w zależności od stopnia zrealizowania każdej z czynności. Po miesiącu podliczamy się, przy czym cel minimalny to uzyskanie 80%. I nie należy sobie dawać forów, wręcz przeciwnie - oceniać z całą surowością, tak jakbyśmy wystawiali noty innej osobie. Filmik dotyczył odchudzania, ale myślę, że pomysł sprawdzi się też przy innych obranych celach.
Ok, cel na teraz - zamiast oglądać te filmy, które sobie właśnie naszykowałaś, idź w końcu spać, kobieto!
Fajny pomysł z tymi punktami. Czy ta laska ma jeszcze inne "pomysły na życie".
OdpowiedzUsuńMoże warto pooglądać. Masz może namiary jak trafić na ten filmik?
pozdrawiam
Marta