Mówimy o sobie "słodcy", albo "cukierki". Dzielnie stawiamy czoła chorobie, próbując się z nią na swój sposób zaprzyjaźnić. Jesteśmy twardzi, bo nie po to mamy marzenia i plany, żeby je ot tak poddać. Ale czasem przychodzi taki dzień jak ten...
Ok, rozumiem - początki zawsze są trudne, zwłaszcza jeśli musisz przejąć kontrolę nad tak skomplikowanym, złożonym i nieprzewidywalnym tworem jak własny organizm. Trzeba być cierpliwym i rozsądnie stosować się do zaleceń diabetologa. Tyle teorii. W szpitalu powiedzieli mi, że cukrzyca powinna wyrównać się z ciągu trzech tygodni, a tu już drugi miesiąc i ona dalej robi ze mną, co chce! Jestem wykończona huśtawką hipo-hiper, która sprawia, że wieczorem nie mam siły na seks. Mam dość widoku swoich trzęsących się łap, bełkotania i uczucia, że całe ciało zaraz rozpadnie mi się na poszczególne atomy. Kurwa! Przecież ja pół dnia się telepie, a drugie pół dnia śpię! Po szpitalu mam poważne zaległości na uczelni, które miałam sobie stopniowo nadrabiać podczas przerwy świątecznej. Dupa, nic nie zrobiłam, nie miałam siły.Wykładowcy na wieść o chorobie są bardzo wyrozumiali, ale do czasu. Nikt nie lubi jak się przeciąga strunę.
Czuje się jak nawet nie ćwierć-inteligent. W głowie pustka, w sercu pustka. Wszystkie myśli zajęte jedną kwestią - czy w tej chwili czasem nie spada/nie rośnie mi cukier i kiedy zacznie się trzęsiawa/senność. Mam nieprzeciętną wręcz przemianę materii. Wystarczy, że trochę połażę po mieszkaniu, a już cukier leci na łeb na szyję. Więc gdy podam całkowitą dawkę na zjedzony posiłek, to siedzę jak ten matoł przy biurku i wgapiam się tępo w monitor, zamiast brać się z życiem za barki! Z kolei boję się podać mniejszą dawkę, żeby cukier nie przekroczył magicznej granicy 135mg%. Jestem udręczona kombinowaniem pt "ile zjeść i jaką dawkę podać", zwłaszcza, że mimo pedantycznego przestrzegania zaleceń, mój organizm leci ze mną w...
Kiedyś miałam swój osobisty świat silnych emocji, wrażliwości, intelektualnej ciekawości. Bardzo dużo przeżywałam, bardzo wiele czułam. Tak wiele, że czasem aż nie nadążałam za własnymi myślami. Fascynował mnie człowiek, umiałam się w niego wsłuchać. Teraz pogrążam się w egocentryzmie i próżni, czym do tej pory gardziłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz